Narrator – pierwszoosobowy (Inga), czas przeszły. Przeprasza
że zmieniam go w środku powieści, ale cóż stwierdziłam iż tak będzie lepiej dla
mnie i może dla was? Ocenicie sami ;)
W głowie miałam pustkę opisującą wszystko to co otaczało mnie
wokoło własnej osi. Polana, bezchmurne niebo. Nie zapominając o tym samym
boisku i piłce znajdującej się na nim. Wszystko było idealny, żadnych myśli,
trosk. Brakowało mi jedynie jednej osoby, gdzie jest kurde Arek! Tak, racja nie
mam żadnych myśli, nawet nie wiem co ja w tedy zrobiłam, gdy ujrzałam go po raz
pierwszy. Oczywiście, pogram sobie, a jakże inaczej. Z uśmiechem na twarzy
złapałam za piłkę. W końcu coś dla mnie. Zaserwowałam, tak wysoko iż po taśmie
siatki, uderzyła w końcową linię boiska. Jest! As byłby piękny - krzyknęłam. W
tym samym momencie poczułam ukłucie na plecach.
- Ałłł. – Mruknęłam z lekkim uśmieszkiem.
- Nie bój się to tylko ja. – Arek kierując swój zabójczy
wzrok, wbił go niczym atak z siódmego metra w moje ciemnozielone tęczówki.
- Nie strasz mnie tak więcej! – Naskoczyłam na chłopaka,
choć naprawdę nie chciałam by pierwsza rozmowa tutaj brzmiała w ten jakże,
bezczelny sposób.
- Nie chciałem tego zrobić ,wybacz.
- Dobrze, dobrze. Coś się stało? Masz wręcz grobową minę. –
Rzuciłam dość głupie porównanie.
- Nie, nie, tylko.. – Odrzekł z jeszcze większym trupim
wzrokiem, jakby wiedział, iż pasuje to do niego w stu procentach.
- No mów.- Krzyknęłam, po czym przykryłam usta lewą ręką.
- Podjęłaś słuszną decyzję godząc się na operacje, tylko. Ta
sytuacja nie ma wyjścia, Każdy z nas ma scenariusz życia, każdy się rodzi by
żyć, potem dąży do śmierci. Twój scenariusz wpada w zawirowania. Jest jak
książka pisana przez słynnego pisarza, dopieszczona w każdym calu, lecz w
trakcie pisania, artysta odchodzi, zostawiając ją bez końca. Przychodzi
młodziak pragnący ją dokończyć, lecz nie wpływa w jej rytm, takt.
- To, to ma znaczyć, że moje życie jest tym scenariuszem,
książką która wpadła w złe ręce, czyjeś kto nie wie jak ma ją dokończyć, mnie
dokończyć? – Orzekłam z dużą obojętnością w oczach, lecz to były tylko pozory,
wszystkie przypuszczenie skrywałam schowane daleko w głowie.
- Tak, lecz ten ktoś uznaje, że twoje życie, ta książka jest
dość długa i dokończenie jej jest dość normalne, gdyż coś się kończy jakaś
historia w twoim istnieniu, doprowadziłaś do końca czegoś, co może spowodować
całkowity finisz. – Dokończył wypowiedz
z rozwagą, nadal utrzymując tą swoją charakterystyczną miną.
- Ale koniec? Czego koniec? Chyba istnienia mojego guza. –
Zaśmiałam się, lecz to chyba nie pasowało do powagi chwili, jaki ogarniających
nasz uczuć.
- Musisz sama dojść co się skończyło, lub jak zacząć to na
nowo. To Ty jesteś tym nowym pisarzem, twojego życia. Wszystko zależy od
Ciebie. Tylko musisz postarać się znaleźć sens tego rozpoczynającego się rozdziału.
- Ale ja przecież chcę wrócić, mam jakiś sens, moje życie ma
sens, ma! Na Boga mam prawie piętnaście lat, więc musi mieć. – Znów zakryłam
usta, zdawając sobie z powagi słowa Bóg w tym miejscu.
- To udowodnij, udowodnij, że tak jest. – Kierując te słowa
Arek złapał mnie delikatnie za ramię, po czym sunął dłoń łapiąc mnie za rękę.
- Chodź przejdziemy się. – Dodał ironicznym głosem.
Nie miałam zielonego pojęcia co mam zrobić, zaczęć pisać
książkę? Nie rozumiałam nic, kompletnie nic. Szukałam ukrytych podtekstów. W
jednej chwili moje życie legło w gruzach. Miałam przecież zasnąć i się obudzić,
bez żadnych głupich przeżyć! Z Arkiem doszliśmy do jakiegoś starego budynku,
który w ogóle nie pasował do otoczenia. Stare okna, z resztą kilka nie było.
Drewniany szkielet i nic więcej.
- Mogłabyś tu na mnie chwilę poczekać? Byłbym Ci wdzięczny.
Może przy okazji przemyślisz to i owo?
Nie mogłam mu odmówić. Widziałam, że mu zależy. A na
przemyślanie kilku spraw czasu też nie zmarnuje. Usiadłam na schodach
prowadzących do drzwi budynku, których z resztą nie było. Wejście zaś
zastawiony było kilkoma deskami zbitymi przekątnie i niedokładnie. I tak nic
nie wymyślę. Do czasu mojej pierwszej tymczasowej „śmierci” nie wydarzyło się
nic. Był Bal Gimnazjalny, którego z resztą nie mogłam się doczekać, lecz na
samym początku źle się poczułam i pojechałam do domu z tatą, który przywiózł
mamę do szkoły. Potem się przewróciłam, dalej już nic nie pamiętam. No w takim
razie co jest w tym dziwnego? Nic, naprawdę nic. Alee.. jeśli mi tak zależało
to czemu od razu pojechałam do domu? Wiem jedno, Arek nie przyprowadził mnie tu
bym posiedziała na schodach, wchodzę na górę. Swoją osobą pokierowałam ku
wejściu zabitych na krzyż starymi deskami, które nie trudno było wyłamać. Wchodząc
do budynku prze kierowałam wzrok na zewnątrz widząc tym samym postać siatkarza.
Nie zważając na to wkroczyłam pewnie do środka. Wnętrze wyglądało dość
nietypowo. Ściany były jakby koloru różowego, a nawet można rzec lekko
czerwonego. Panował w nim wielki przepych, meble pokryte były pierzyną kurzu
oraz pajęczyn. Na toaletce obok starej komody zauważyłam fotografie, oprawianą
w złotą ramkę. Podeszłam bliżej. Po odsłonięciu szarej powłoczki ukazała się
moja twarz, była to moja postać z wczesnego dzieciństwa. Odwróciła wzrok
naprzeciw linii własnych oczu, kierując je na kartkę z napisem „This is my life,
brutal life. Inga Brzozowska.” Choć napis kujnie zwrócił moją uwagę, nie zwracając
większego zainteresowania przemieściłam się dalej, w celu zwiedzania „mojego” pokoju. Widziałam
w nim wszystko, zdjęcia moich przyjaciół, kilku osób, których mijałam na ulicy
codziennie w drodze do szkoły, czy też na zakupy. Nie wspominając o moich
ulubionych potrawach, kolorach, aktorach. Większość rzeczy pasowała do reszty,
lecz niektóre tak ja fotografie moich rodziców, lśniły w blasku słońca
wpadającego przez wybite okno. Na środku pomieszczenia znajdowała się stara
księga, zdobiona malowidłami. Otworzyłam ją i w tej samej chwili ku moim oczom
ukazał się mały administracyjny druczek. Rozpoczęłam studiowanie tekstu. Opisane
było tam moje życie, od czasu narodzin do czasu kolacji. Strona po stronie, daty
pierwszego samodzielnego kroku, wypowiedzianego słowa, którym jak się
dowiedziałam było „siatka”, a nawet pierwszy trening. Przekręcając kartka za
kartką, napotkałam pustą stronę, a nawet dwie strony. Mokre były one jedynie od kropli wody, za czym
idzie ludzkich łez. Zwróciłam uwagę ich tekst urywa się wraz z moim pojawieniem
się na Balu, zaskoczyło mnie to trochę, gdyż nie widziałam w tym niczego
niezwykłego. Rytmicznym ruchem złapałam pióro leżące obok lampy naftowej,
podobnej do tej która stała w przedsionku mojego domku letniskowego. Dopisałam
kilka zdań, w celu uzupełniającym przeszły przebieg wydarzeń. Nie widziałam
żadnego sensu w opuszczeniu jak i zignorowaniu tej pustki. W dalszej części nie
spotkałam żadnego pomniejszając czy też znikającego tekstu, na ostatniej stronie zaś zapisane było
zdanie „Wypełniła pustkę w sercu”. Nie zrozumiałam sensu tych słów. Chciałam
jedynie jak najszybciej znaleźć się poza murami tajemniczej placówki.
Krótki i długo oczekiwany, niestety. Dopiero wczoraj zobaczyłam
iż ostatni wpis dodałam miesiąc temu. Przepraszam za braki. Do tego czasu w
moim realistycznym życiu wiele się zmieniło, nie wiem czy najlepsze, A;e wiem iż
przydało mi się trochę odprężenia. Teraz postaram się dodawać rozdziały w
szybszym tempie. Z poważaniem confianza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz