Pochyla czcionka – myśli
bohaterki, niewypowiedziane myśli!
Biegła korytarze nie zwracając
uwagi na żadną postać mijającą po drodze. Nie liczyło się dla niej nic. Chciała
biec, uciec przed myślami, ale nie mogła. Czuła ten jego wzrok i śmiechy kolegów które wyrażały tylko trzy słowa "co za
idiotka". Wyszła przed budynek. Zauważyła światło reflektorów. Jej mama
wyszła z samochodu kierując się w stronę szkoły. Inga wskoczyła do auta i
poprosiła tatę by pod pretekstem choroby odwiózł ją do
domy. Dziewczyna nie kłamała od rana miała ostrą migrenę i
czuła przeszywający ból w sercu. Jakby było to zwiastunem najgorszego
jej wieczoru w życiu. Ojciec podał jej klucze od domu, sam odjechał w
piskiem opon w stronę budynku szkoły. Samotny wieczór był chyba
najlepszym rozwiązaniem dla nastolatki, nie mogła zostać na sali. Nie mógł
widzieć jej łez, nikt nie mógł. Wbiegła po schodach, lecz w połowie drogi
poczuła ból w klatce piersiowej. Zignorowało go. Rzuciła kluczę
na półkę i znowu to samo, ten dziwne uczucie, ból był tak ogromy,
aż Inga zgięła się w pasie. Próbowała dojść do łóżka
lecz bez skutku. Upadła w przedpokoju na
podłogę, niczym nieżywa.
W innym świecie.
Gdzie ja jestem? To była jedyne słowa które przyszły na myśl nastolatce, lecz
nie mogła pokierować ich w żadną stronę, gdyż ku jej oczom rozciągnął się długi
płaszcz białego jak pierza nieba. Krążąc wzrokiem wokół własnej osi ujrzała zieloną
polanę, na której znajdowało się boisko do gry w siatkówkę, po lewej stornie
leżała piłka i nic poza tym. Nie ma tutaj
żywej duszy?, Hej! Jest tu kto!? Wykrzyknęła,
lecz bez skutku, w okolicy prócz łąki, lasu, białego nieba i polany nie było
niczego, ani nikogo. Wzięła piłkę do ręki, podrzuciła, podskoczyła uderzając ją przy
tym jak najmocniej.
- Brawo! Brawo! – Usłyszała obcy,
lecz znajomy głos w tle.
- Co? Jak? Jest tu ktoś! Ej
odezwij się! – Z niewielkim zaskoczeniem wrzasnęła.
Nagle z mgły wyszedł on,
znajoma postać, ale jakby obca za razem. Matko!
Córko! Umarłam! Nie żyję! Jak to kurde! Niee co ja tu robię! Jak to, kuźwa? Pomyślała
przerażona, ale jeśli jest w niebie, to trochę nie wypadałoby tak się drzeć.
- Chyba wiesz kim jestem. Często spoglądam, czy ktoś mnie tam
92400093 km
niżej pamięta o mnie. A z tego co zauważyłem to Ty najbardziej, dzięki miło mi. –
Powiedziała „Obcy”
- Matkoo! Too.. – Zacinając się jak stara kaseta
przyciszonym głosem odpowiedziała Inga.
- Arek, miło mi Cię poznać. Rozumiem, chyba nie widziałaś
mnie na żadnym z meczy, a na zdjęciach mnie troszkę ulepszali, więc nie mam za
złe, że mnie nie poznałaś.
Ludu złoty, jestem w
niebie, jestem w niebie! W niebie jestem?! Przede mną stoi, Arkadiusz Gołaś, to
gdzie ja mogę być! W niebie!
Coś się stało? – Mruknął pod nosem.
- Nie, nie. Znaczy tak! Czy ja nie żyję? – Zapytała jak na sytuację
poważnym i spokojnym głosem.
- Żyjesz, znaczy jeśli będziemy tak przedłużać to już nie
będziesz i to z mojej winy. W dość dużym skrócie powiem, iż jesteś chora i
wpadłaś w śpiączkę. Poproszono mnie, żebym powiedział Ci co i jak na czas, gdy
jesteś tu „na górze”, lecz nie wiem dlaczego ja. Dopiero gdy przeczytałem twoje
„si-vi” dowiedziałem się, iż grasz w siatkę… – Zaczął tłumaczyć Arek.
- Aha, fajnie. Ale ja nie chcę nigdzie wracać! Zostaję tu! –
Odrzekła donośnym głosem, lecz nie krzyczała, z uwagi na to iż w niebie nie
wypada, po prostu.
- Wiem co się stało. Wiem, że nie chcesz, ale musisz. Ja
będę miał przez to problemy (śmiech),
ale mogę Ci zapewnić, spotkamy się jeszcze! – Zapewnił dziewczynę, łapiąc ją za
rękę. Chodź ze mną, mamy jeszcze trochę czasu zaprowadzę Cię gdzieś.
Uścisk miał taki silny, lecz nastolatka czuła się obco, szła
z „trupem” za rękę, z „trupem” którego tak bardzo chciała poznać. Szli dość
krótko minęli polanę, skręcili w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w prawo. Nie mogę uwierzyć, tu jest tyle ludzi… aaa
co on tu robi! Matko! Jak ja się stęskniłam! Wśród znanych osobistości
Agaty Mróz, Huberta Wagnera, spotkała osobę za którą tęskniła najbardziej swojego
największego przyjaciela który zmarł w wypadku motocyklowym.
- Mogę do niego podejść? On mnie widzi? – Zapytała siatkarza
„oprowadzającego ją po raju”
- Tak, możesz, ale nie za długo! Wiesz mi, że na ziemi jest
wiele innych ludzi, którzy na Ciebie czekają! – Odszedł z przestrogą.
Inga podbiegła do chłopaka, on na jej widok był bardziej
przerażony niż szczęśliwy. Większe niż jego szczęście był strach, przed tym iż
jego „Ing” nie żyje.
- Co się stało! Co Ty tu robisz!? – Krzyknął, nie zważając
na fakt iż jest w tak spokojnym miejscu.
- Fajnie się Stary przywitałeś, dzięki wielkie też Cię
kocham! – Spod łez które zaczęły wylewać się z jej oczu i płynąc po twarzy
pojawił się słodki uśmiech. Nie bój się ja tu nie na stałe. – Dodała.
Rozmowa nie trwała długo, dziewczyna nawet nie wspomniała m
o tym co wydarzyło się na balu, nie chciała psuć atmosfery, a przecież Michał i
Mateusz (bo tak miał na imię zmarły chłopak) byli najlepszymi przyjaciółmi.
- Chodź, musimy już wracać i tak byliśmy tu za długo. Wiesz,
że minęło ok. pięć godzin, a na „dole” to jest pięć dni? – Arek zadał pytanie dla
dziewczyny dość retoryczne, ale wiedziała, że w ten sposób chciał poprawić jej
humor.
- Więc już pięć dni jestem w śpiączce!? Pięknie, ferie mi
lecą. – Roześmiała się dziewczyna.
- Dobrze już koniec gadania. Widzisz te drzwi? Wejdź za nie
i pamiętaj nie odwracaj się! Do zobaczenia.
Dziewczyna raz z przekroczeniem progu usłyszała dźwięk
maszyn charakterystycznych dla szpitalnych sal.
Pięknie.. Już nie zobaczę
ani Arka, ani Mateusza, tu za to czeka mnie ten debil, gromada debili. Nie otwieram
oczu, spać mi się chcę, potrzymam ich jeszcze z niecierpliwości.
- Inga! Córeczko! – Krzyknęła zapłakana kobieta w stronę łóżka
szpitalnego.
- I nici z planu, łe! Yhhm
– Wykrztusiła z siebie, jakby wielki ciężar zalegający jej na strunach
głosowych.
Gdyby nie ten dziwny dźwięk, pomyślałby iż znowu jest tam na
„górze” biała sala, cisza, spokój tylko ten dźwięk! Nagle do sali niczym zakradająca
się wiewiórka wpadła młoda pielęgniarka. Widać, że była młoda, gdy zobaczyła
przebudzoną dziewczynkę wybiegła z sali, jakby ducha ujrzała. Niestety nie jest duchem, też mi szkoda. Jednak
wiewiórka, młoda, niedoświadczona. Z taką opieką to ja szybko wrócę na górę,
jeeest! Do sali niczym Bóg w paradował młody lekarz, lecz z taką mądrością
w oczach nie przypominał wiewiórki, wręcz odwrotnie, był zniewalająco podobny
do sowy, też miał takie fajne okulary.
- Wracamy na ziemię, koleżanko! – Zaśmiał się lekarz.
- Śmieszne, wróciłam
nie widać? I kto pozwolił nazwać Ci mnie koleżanką? – Bez słowa popatrzyła
na niego z pogardą.
- Inga sobie teraz pośpi, a my musimy porozmawiać. –
Odrzekł poważniejszym głosem.
„Obcy osobnicy” z pokoju dziewczyny znalazły się teraz za
półuchylonymi drzwiami.
- Niestety potrzebna jest operacja, nie mamy innego wyjścia.
– Rzekła „Sowa”
- Są jakieś obawy? – Z zmartwieniem powiedziała matka
nastolatki.
- Tak. Musimy wprowadzić ją w śpiączkę, a z której może wzbudzić się od razu, po kilku dniach, latach jak i nigdy. – Wyjaśnił.
- Tak. Musimy wprowadzić ją w śpiączkę, a z której może wzbudzić się od razu, po kilku dniach, latach jak i nigdy. – Wyjaśnił.
Jeeeest wrócę do Arka
i Mateusza i innych wszystkich tam! Aaa!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz