czwartek, 29 marca 2012

Twierdzenie czwarte: Nie, nie ma nieba.


Pochyla czcionka – myśli bohaterki, niewypowiedziane myśli!

Biegła korytarze nie zwracając uwagi na żadną postać mijającą po drodze. Nie liczyło się dla niej nic. Chciała biec, uciec przed myślami, ale nie mogła. Czuła ten jego wzrok i śmiechy kolegów które wyrażały tylko trzy słowa "co za idiotka". Wyszła przed budynek. Zauważyła światło reflektorów. Jej mama wyszła z samochodu kierując się w stronę szkoły. Inga wskoczyła do auta i poprosiła tatę by pod pretekstem choroby odwiózł ją do domy. Dziewczyna nie kłamała od rana miała ostrą migrenę i czuła przeszywający ból w sercu. Jakby było to zwiastunem najgorszego jej wieczoru w życiu. Ojciec podał jej klucze od domu, sam odjechał w piskiem opon w stronę budynku szkoły. Samotny wieczór był chyba najlepszym rozwiązaniem dla nastolatki, nie mogła zostać na sali. Nie mógł widzieć jej łez, nikt nie mógł. Wbiegła po schodach, lecz w połowie drogi poczuła ból w klatce piersiowej. Zignorowało go. Rzuciła kluczę na półkę i znowu to samo, ten dziwne uczucie, ból był tak ogromy, aż Inga zgięła się w pasie. Próbowała dojść do łóżka lecz bez skutku. Upadła w przedpokoju na podłogę, niczym nieżywa. 

W innym świecie. 
Gdzie ja jestem? To była jedyne słowa które przyszły na myśl nastolatce, lecz nie mogła pokierować ich w żadną stronę, gdyż ku jej oczom rozciągnął się długi płaszcz białego jak pierza nieba. Krążąc wzrokiem wokół własnej osi ujrzała zieloną polanę, na której znajdowało się boisko do gry w siatkówkę, po lewej stornie leżała piłka i nic poza tym. Nie ma tutaj żywej duszy?, Hej! Jest tu kto!? Wykrzyknęła, lecz bez skutku, w okolicy prócz łąki, lasu, białego nieba i polany nie było niczego, ani nikogo. Wzięła piłkę do ręki, podrzuciła, podskoczyła uderzając ją przy tym jak najmocniej.
- Brawo! Brawo! – Usłyszała obcy, lecz znajomy głos w tle.
- Co? Jak? Jest tu ktoś! Ej odezwij się! – Z niewielkim zaskoczeniem wrzasnęła.
 Nagle z mgły wyszedł on, znajoma postać, ale jakby obca za razem. Matko! Córko! Umarłam! Nie żyję! Jak to kurde! Niee co ja tu robię! Jak to, kuźwa? Pomyślała przerażona, ale jeśli jest w niebie, to trochę nie wypadałoby tak się drzeć.
- Chyba wiesz kim jestem. Często spoglądam, czy ktoś mnie tam 92400093 km niżej pamięta o mnie. A z tego co zauważyłem to Ty najbardziej, dzięki miło mi. – Powiedziała „Obcy”
- Matkoo! Too.. – Zacinając się jak stara kaseta przyciszonym głosem odpowiedziała Inga.
- Arek, miło mi Cię poznać. Rozumiem, chyba nie widziałaś mnie na żadnym z meczy, a na zdjęciach mnie troszkę ulepszali, więc nie mam za złe, że mnie nie poznałaś.
Ludu złoty, jestem w niebie, jestem w niebie! W niebie jestem?! Przede mną stoi, Arkadiusz Gołaś, to gdzie ja mogę być! W niebie!
Coś się stało? – Mruknął pod nosem.
- Nie, nie. Znaczy tak! Czy ja nie żyję? – Zapytała jak na sytuację poważnym i spokojnym głosem.
- Żyjesz, znaczy jeśli będziemy tak przedłużać to już nie będziesz i to z mojej winy. W dość dużym skrócie powiem, iż jesteś chora i wpadłaś w śpiączkę. Poproszono mnie, żebym powiedział Ci co i jak na czas, gdy jesteś tu „na górze”, lecz nie wiem dlaczego ja. Dopiero gdy przeczytałem twoje „si-vi” dowiedziałem się, iż grasz w siatkę… – Zaczął tłumaczyć Arek.
- Aha, fajnie. Ale ja nie chcę nigdzie wracać! Zostaję tu! – Odrzekła donośnym głosem, lecz nie krzyczała, z uwagi na to iż w niebie nie wypada, po prostu.
- Wiem co się stało. Wiem, że nie chcesz, ale musisz. Ja będę miał przez to problemy (śmiech), ale mogę Ci zapewnić, spotkamy się jeszcze! – Zapewnił dziewczynę, łapiąc ją za rękę. Chodź ze mną, mamy jeszcze trochę czasu zaprowadzę Cię gdzieś.
Uścisk miał taki silny, lecz nastolatka czuła się obco, szła z „trupem” za rękę, z „trupem” którego tak bardzo chciała poznać. Szli dość krótko minęli polanę, skręcili w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w prawo. Nie mogę uwierzyć, tu jest tyle ludzi… aaa co on tu robi! Matko! Jak ja się stęskniłam! Wśród znanych osobistości Agaty Mróz, Huberta Wagnera, spotkała osobę za którą tęskniła najbardziej swojego największego przyjaciela który zmarł w wypadku motocyklowym.
- Mogę do niego podejść? On mnie widzi? – Zapytała siatkarza „oprowadzającego ją po raju”
- Tak, możesz, ale nie za długo! Wiesz mi, że na ziemi jest wiele innych ludzi, którzy na Ciebie czekają! – Odszedł z przestrogą.
Inga podbiegła do chłopaka, on na jej widok był bardziej przerażony niż szczęśliwy. Większe niż jego szczęście był strach, przed tym iż jego „Ing” nie żyje.
- Co się stało! Co Ty tu robisz!? – Krzyknął, nie zważając na fakt iż jest w tak spokojnym miejscu.
- Fajnie się Stary przywitałeś, dzięki wielkie też Cię kocham! – Spod łez które zaczęły wylewać się z jej oczu i płynąc po twarzy pojawił się słodki uśmiech. Nie bój się ja tu nie na stałe. – Dodała.
Rozmowa nie trwała długo, dziewczyna nawet nie wspomniała m o tym co wydarzyło się na balu, nie chciała psuć atmosfery, a przecież Michał i Mateusz (bo tak miał na imię zmarły chłopak) byli najlepszymi przyjaciółmi.
- Chodź, musimy już wracać i tak byliśmy tu za długo. Wiesz, że minęło ok. pięć godzin, a na „dole” to jest pięć dni? – Arek zadał pytanie dla dziewczyny dość retoryczne, ale wiedziała, że w ten sposób chciał poprawić jej humor.
- Więc już pięć dni jestem w śpiączce!? Pięknie, ferie mi lecą. – Roześmiała się dziewczyna.
- Dobrze już koniec gadania. Widzisz te drzwi? Wejdź za nie i pamiętaj nie odwracaj się! Do zobaczenia.
Dziewczyna raz z przekroczeniem progu usłyszała dźwięk maszyn charakterystycznych dla szpitalnych sal.
Pięknie.. Już nie zobaczę ani Arka, ani Mateusza, tu za to czeka mnie ten debil, gromada debili. Nie otwieram oczu, spać mi się chcę, potrzymam ich jeszcze z niecierpliwości.
- Inga! Córeczko! – Krzyknęła zapłakana kobieta w stronę łóżka szpitalnego.
- I nici z planu, łe! Yhhm – Wykrztusiła z siebie, jakby wielki ciężar zalegający jej na strunach głosowych.
Gdyby nie ten dziwny dźwięk, pomyślałby iż znowu jest tam na „górze” biała sala, cisza, spokój tylko ten dźwięk! Nagle do sali niczym zakradająca się wiewiórka wpadła młoda pielęgniarka. Widać, że była młoda, gdy zobaczyła przebudzoną dziewczynkę wybiegła z sali, jakby ducha ujrzała. Niestety nie jest duchem, też mi szkoda. Jednak wiewiórka, młoda, niedoświadczona. Z taką opieką to ja szybko wrócę na górę, jeeest! Do sali niczym Bóg w paradował młody lekarz, lecz z taką mądrością w oczach nie przypominał wiewiórki, wręcz odwrotnie, był zniewalająco podobny do sowy, też miał takie fajne okulary.
- Wracamy na ziemię, koleżanko! – Zaśmiał się lekarz.
- Śmieszne, wróciłam nie widać? I kto pozwolił nazwać Ci mnie koleżanką? – Bez słowa popatrzyła na niego z pogardą.
- Inga sobie teraz pośpi, a my musimy porozmawiać. – Odrzekł poważniejszym głosem.
„Obcy osobnicy” z pokoju dziewczyny znalazły się teraz za półuchylonymi drzwiami.
- Niestety potrzebna jest operacja, nie mamy innego wyjścia. – Rzekła „Sowa”
- Są jakieś obawy? – Z zmartwieniem powiedziała matka nastolatki.
- Tak. Musimy wprowadzić ją w śpiączkę, a z której może wzbudzić się od razu, po kilku dniach, latach jak i nigdy. – Wyjaśnił.
Jeeeest wrócę do Arka i Mateusza i innych wszystkich tam! Aaa! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz